Kiedy zaczęłam interesować się świadomym dbaniem o włosy czytałam na wielu blogach o metodzie nakładania maski czy odżywki przed myciem. Szczególnie był ten sposób rekomendowany dla posiadaczek włosów cienkich i takich, które łatwo obciążyć produktami do spłukiwania. Pomyślałam, że po pierwsze to nie dla mnie, a po drugie nie ma szans się sprawdzić. Bo jak – na logikę – mogą zadziałać substancje, które za chwile zostaną usunięte z włosów detergentem? Skoro włosy oczyszcza się szamponem SLESowym po to, żeby usunąć nadbudowane oblepiacze (typu silikony, quaty, duże proteiny itp.), to chyba razem z nimi zostanie usunięta cała reszta substancji, również tych odżywczych, no nie?

Dlatego z dużym dystansem podeszłam do rady fryzjersko-trychologicznej, żeby włosy olejować na maskę/odżywkę na mokro. Czyli najpierw woda, później maska / odżywka, a na to olej. Jak dla mnie to nie miało szans nic zmienić, ale oczywiście się zastosowałam ;)

Teoria

Idea takiego postępowania jest taka, żeby nawilżenie, które daje woda „zamknąć” we włosie emolientem (maska / odżywka + olej). Szczególnie wysokopory mają do siebie to, że szybko chłoną wodę, ale też i szybko ją oddają. Żeby zapobiec oddaniu wody nakładamy coś, co wytworzy na powierzchni włosa film. Nawiasem mówiąc ta sama zasada ma zastosowanie w produktach do twarzy – najpierw nakłada się lekkie produkty na bazie wody, a dopiero później coś, co utworzy film, przez który woda nie wydostanie się na zewnątrz. Czyli w sumie ma to szansę zadziałać, ale dlaczego nie niszczą tego efektu mocne detergenty, tego nie wiem do dziś :) 

Praktyka

Zaczęłam od:

  • Odżywki Garnier awokado i karite (emolientowa), bo po myciu nie robiła nic z moimi włosami (o czym pisałam tutaj)
  • Chłodnej wody – bezrefleksyjnie, po prostu z kranu najpierw leci chłodna, jak odkręcam kurek z ciepłą wodą, więc taką wodą moczyłam włosy

I co? Zauważyłam zmianę! Moje włosy były po umyciu i wysuszeniu bardziej miękkie niż zwykle, co jest nie lada wyczynem, bo z natury są sztywne. Nie mogłam uwierzyć, że tak działa nakładanie maski + oleju przed myciem…

Prawdziwy szok natomiast przeżyłam, jak postanowiłam trochę poeksperymentować i wprowadziłam dwie zmiany:

  • Odżywkę emolientową zamieniłam na humektantową (Kallos Aloe)
  • Chłodną wodę zastąpiłam ciepłą, żeby uchyliła lekko łuski włosów i pozwoliła łatwiej wniknąć masce

Okazało się, że moje włosą stały się… SYPKIE. Zawsze kleiły się do siebie, a w gorszych czasach masakrycznie się plątały, tymczasem po raz pierwszy po umyciu z zestawem takim jak powyżej odkryłam, co to w ogóle znaczy mieć sypkie włosy.

Wnioski i rekomendacje ;)

Ten eskperyment potwierdził dla mnie nie tylko to, że z jakichś niewiadomych przyczyn stosowanie maski przed myciem ma sens (dla mnie olejowanie na maskę a maskowanie przed myciem to w zasadzie to samo, można przecież zmieszać olej z maską i taką mieszankę nałożyć, jak komuś nie chce się kłaść tego warstwowo). Co więcej, okazało się, że moje włosy widzą różnicę w tym, jaką maskę im pod olej zapodam… Dziwy jakieś ;)

Polecam wszystkim suchym i zniszczonym włosom taką metodę, bo moje przy tym odżyły. Warto spróbować :)

Reklamy